Będziemy mieć kolejne dziecko. Czwarte. A pewnie później i piąte, bo wolę nieparzyste liczby. Nie wiem czy to w ogóle się kiedyś wydarzy, ale ani ja ani Marcin nie wykluczamy takiego scenariusza, nawet z radością bierzemy go pod uwagę i coraz śmielej na ten temat rozmawiamy. Nic nam tak dobrze nie wychodzi jak dzieci.

Nie obchodzimy walentynek. Nie kupujemy sobie czekoladek, mój mąż nie wręcza mi z tej okazji kwiatów, a ja nie przywdziewam seksownej bielizny. Nie ma romantycznej kolacji ani wspólnej kąpieli przy świecach. Jest jak zwykle. My, dzieci, krzyki, bałagan, domowe wariactwa i głośny śmiech. Poplamione dresy i nie rozczesane włosy. I tak dla mnie wygląda miłość. Miłość do męża, który każdego dnia dba o każdą, zupełnie zwyczajną minutę naszego życia. Z uśmiechem i czułością żegna się gdy wychodzi i dokładnie tak samo wita gdy wraca. Sprząta, gotuje, parzy herbatę, podaje kubek, dzwoni bez powodu i przytula w najmniej oczywistym momencie. Szuka w nocy choćby kawałka mojego ciała i przykrywa kołdrą nawet gdy po 11 latach razem doskonale wie, że tego nie potrzebuję. Tylko przy takim mężczyźnie, myśl o kolejnej ciąży przychodzi mi tak naturalnie. I tak często.

Nie będę tu pisać intymnych wynurzeń o tym jak bardzo Go kocham i dlaczego. Napiszę za to o innej miłości, która jest owocem naszego związku. O mojej miłości do dzieci. Od kilku dni prowadzimy z Marcinem rozmowy o tym, że każdy ma inną jej definicję. I każdy rodzic kocha inaczej.

Dla mnie miłość do dzieci jest najpiękniejszym darem. Bo doświadczam jej 24h, 7 dni w tygodniu. Bo się nie kończy. Bo taka miłość się multiplikuje. Mnoży. Rozlewa na cały dom. Daje szczęście. I nawet przy największym hałasie, spokój.

Wiem, że jestem najlepszą matką jaką umiem być. Ale każdego dnia uczę się być lepszą. Moje dzieci dają mi systematyczne lekcje jak to robić. Czasem nie jest łatwo i przyjemnie. Czasem boli. Czasem nie potrafię być taka jakbym chciała być. Czasem mi nie wychodzi. Czasem tracę cierpliwość. Czasem podniosę głos. Czasem nie mogę przez to zasnąć. Czasem dzieje się coś, z czym kompletnie sobie nie radzę. Ale zawsze to One są dla mnie najważniejsze. A ja, mama, jestem im potrzebna. Najbardziej do bycia. Blisko.

Nie jestem rodzicem, który wychowuje dzieci. Uważam, że dziecko chowa się samo. I samo uczy, głównie przez doświadczanie. Ja staram się być przy nim. Dając poczucie bezpieczeństwa, a przede wszystkim miłość. Czyli co dokładnie? Bliskość, czułość, wsparcie i szczerość. Tego, w moim poczuciu, dzieci potrzebują najbardziej.

Żyjąc obok obserwują mnie wtedy gdy patrzą i wtedy gdy tego nie robią. Wyczuwają nastroje. Rejestrują spojrzenia, rozróżniają zmienne tony. Nie mówię im, że jest inaczej niż jest. Nie ściemniam, nie kłamię. To pozwala mi sobie nie utrudniać. Już dawno odkryłam, że im prościej jest łatwiej. Tego też nauczył mnie mój mąż. Życie w prawdzie jest prawdziwe. Niby oczywista oczywistość, a jednak jak bardzo niedoceniana. A to fundament. Także dla dzieci.

Pękam z dumy nie tylko wtedy gdy któreś z moich maluchów nauczy się pisać, użyje nieoczywistego, ale bardzo adekwatnego do kontekstu słowa, czy przytuli się do swojego rodzeństwa. Pękam z dumy też wtedy, gdy mówi o swoich emocjach, gdy zawzięcie walczy o swoje. Bo jego głos i potrzeby są dokładnie tak samo ważne jak moje. Tylko moja w tym głowa, żeby to wszystko sensownie ogarnąć.

Jedna myśl na temat “Kochanie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s